|
|
|---|
|
|
Zdarzyło mi się płakać… Dziecięcy Szpital Kliniczny w Lublinie. To tutaj, na Oddział Chirurgii i Traumatologii trafiają dzieci po urazach z całego regionu, także te, które uległy wypadkom w rolnictwie. Od lat, kieruje nim prof. dr hab. Jerzy Osemlak. W jego gabinecie na ścianach wisi mnóstwo dyplomów, wśród których są laurki i podziękowania za pomoc, opiekę, uratowanie życia…Co się za tym kryje? Jakie zdarzenia, cierpienia, tragedie? Profesor, jakby odczytywał moje myśli, sięga po zdjęcia. Wszystkie są wręcz makabryczne. Przedstawiają bardziej lub mniej zmasakrowane ciała małych pacjentów. Urwane rączki, zmiażdżone nóżki. Odgryzione uszy, nosy. O proszę, mówi profesor „to jest odcięta przez krajzegę rączka dziecka, a tu oskalpowana główka”. Z pokaźnego zbioru wyjmuje następne fotografie, całą serię, którą można zatytułować „poparzenia”. Aż trudno sobie wyobrazić cierpienie tych maluchów. Czuję, jak dreszcz przebiega mi po plecach, pytam profesora o jego odczucia. O to, czy po kilkudziesięciu latach pracy można się uodpornić na taki widok i skalę bólu. Nie, nie można, wyjaśnia profesor i dodaje, że po wielekroć z tego powodu zdarzało mu się po prostu płakać. Z prof. dr hab. Jerzym Osemlakiem, kierownikiem Katedry i Kliniki Chirurgii i Traumatologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie rozmawia Beata Pietruszka
- Jak wielu małych pacjentów poszkodowanych w rolnictwie trafia na kierowany przez pana profesora oddział Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie? - Niestety, podobnie jak w latach ubiegłych jest to liczba około 100-150 dzieci rocznie, które ulegają wypadkom mającym bezpośredni związek z pomocą w pracach gospodarskich i na polu Na szczęście nie występują już najcięższe urazy, spowodowane np. przez kosiarki, co bardzo często zdarzało się wcześniej, a wiązało się z amputacjami kończyn u dzieci. Jednak nadal dochodzi do ciężkich wypadków. Zginęła dziewczynka, która weszła na drzewo na podwórku i spadła wprost na roztrząsacz do gnoju. Jeden z prętów wbił się dziecku w płuca oraz okolice serca i głównych naczyń. W trakcie operacji udało nam się zaopatrzyć dziecko tak, że serce zaczęło pracować, ale zaburzenia organizmu były tak duże, że dziewczynka zmarła. Nie tak dawno, bo w lutym br. chłopiec wszedł do obory, gdzie znajdowały się specjale tory do transportu wózka. Podjeżdżał on do każdego stanowiska, skąd zabierany był obornik - transportowany w ten sposób na zewnątrz. Chłopiec dostał się pod koła wózka załadowanego obornikiem, w wyniku czego wkręciło mu nogę. Cała kończyna została zmiażdżona. Mimo, że naszemu zespołowi lekarzy udało się ją zrekonstruować, to powstała zgorzel gazowa i nogę musieliśmy amputować. Wcześniej próbowaliśmy znaleźć dla dziecka komorę hiperbaryczną, której w Lublinie nie ma. Mimo wielu starań nie powiodło się to, ani w Warszawie, ani w Gdyni. Istniała obawa, że dziecko umrze, więc zdecydowałem o amputacji. Dopiero po niej chłopiec trafił na takie leczenie do profesora Jakubaszko we Wrocławiu. Obornik spowodował zakażenie bakteryjne organizmu dziecka. To było śmiertelnie niebezpieczne. Teraz chłopiec wrócił do nas, oczywiście już bez kończyny. W klinice przechodzi rehabilitację. Korzysta z protezy. I to takie właśnie są niespodzianki w rolnictwie. Nigdy nie wiadomo, jaka maszyna, jaka sytuacja czy okoliczności spowodują śmierć dziecka czy trwałe kalectwo. - Powiedział pan profesor, że obecnie zmienia się rodzaj wypadków, a w związku z tym także typ urazów, jakich doznają dzieci na wsi. Jakie to są najczęściej uszkodzenia? - Żeby nie być gołosłownym, znowu sięgnę do zdjęć, które mam w swoim archiwum. Lubię gromadzić dokumentację, ponieważ wtedy łatwiej jest wytłumaczyć dlaczego np. amputowałem kończynę, a nie ratowałem jej za wszelką cenę, jak wcześniej opowiadałem. O, proszę popatrzeć tu, na tym zdjęciu jest czteroletnia dziewczynka, która kilkanaście lat temu bawiła się w polu, tam gdzie dziadek kosił zboże kosiarką. Zbierała sobie bławatki. Nie było jej widać w tym zbożu. Dopiero krzyk dziecka spowodował, że dziadek zatrzymał maszynę. Okazało się, że dziewczynka ma obcięte obie nóżki na wysokości podudzia. Przyszyliśmy dziecku te kończyny, ale myśleliśmy, że nie będzie jednak chodziło. Okazało się, że dziewczynkę udało się tak usprawnić, że na tych przyszytych nóżkach zaczęła się poruszać i do tej pory chodzi, a już dużo czasu minęło, bo ona ma już swoją własną rodzinę. Wówczas, kilkadziesiąt lat temu, tego typu urazy były bardzo często spotykane. Obecnie już coraz rzadziej używane są na wsi kosiarki. Rolnicy korzystają z kombajnów. Myślę, że i dzieci na wsi jest teraz mniej. Dawniej każda rodzina liczyła sobie kilka lub nawet kilkanaścioro dzieci. One od najwcześniejszych lat pomagały przy pracach w gospodarstwie i na polu. Wtedy nie było takiej jak dziś profilaktyki i świadomości zagrożeń wśród rolników. To zmieniło się bardzo na korzyść. - Ale niestety, w znaczący sposób nie wyeliminowało wypadków wśród dzieci na wsi. Nieznana jest ich liczba, bo od 2004 roku zmieniły się przepisy, które wyłączyły dzieci z grona osób uprawnionych do odszkodowania powypadkowego związanego z pracą lub pomocą na wsi. - Dzieci nadal pomagają przy pracach rolniczych, choć ta pomoc ma już inny charakter. Oczywiście zależy to od wielkości i wyposażenia gospodarstw rolnych w maszyny rolnicze. Na zachodzie Polski trudno już chyba znaleźć kilku hektarowe gospodarstwa, w których pracuje się przy użyciu przestarzałego, czy niesprawnego sprzętu. We wschodniej Polsce tak się dziś jeszcze często zdarza. Przy takiej rzemieślniczej produkcji łatwiej oczywiście też o wypadek. Maszyny, z których korzystają rolnicy na wschodnich terenach, też pozostawiają dużo do życzenia. Najczęściej pochodzą z odzysku, z innych bogatych krajów. Ten sprzęt trzeba stale reperować. Stwarza on ogromne niebezpieczeństwo również dla dzieci. Wcale nie rzadko, dzieci właśnie, obsługują ten sprzęt. Sam widziałem jak jeżdżą traktorami, podczepiają inne maszyny rolnicze wtedy, gdy działa napęd ciągnika. Efekt tego bywa taki, że dzieci są wkręcane przez nieosłonięte wałki przekaźnika mocy. W klinice spotykałam się z takimi przypadkami. Są to, w najlepszym razie, połamane, zmiażdżone czy wyrwane kończyny. Tutaj, proszę popatrzeć, mam zdjęcie dwuletniego poszkodowanego chłopczyka, który uległ wypadkowi przy pracach rolniczych. Dziadek wraz z sąsiadem przesypywali zboże, używając do tego specjalnej tzw. żmijki, czyli transportera rurowego, który ma ślimak powodujący przesuwanie ziarna. Bawiące się w pobliżu dziecko włożyło tam rączkę. Wał maszyny pociął ją na kawałki. Na szczęście dziadkowi udało się wyrwać dziecko i uratować mu życie, ale uszkodzenia ciała były bardzo rozległe. Objęły nie tylko kończynę, ale także klatkę piersiową. Pozostał bardzo maleńki fragmencik kości ramiennej. Udało nam się go na tyle uzupełnić i zaopatrzyć skórą, żeby pozwoliło to na umocowanie w przyszłości protezy kończyny. Trudno było wprost uwierzyć w to, że zdawałoby się tak z pozoru bezpieczne urządzenie spowodowało aż tak tragiczne w skutkach uszkodzenia ciała dziecka. W klinice stale mamy jakieś „niespodzianki” związane z maszynami i urządzeniami wykorzystywanymi w rolnictwie. Każdego roku kilkoro dzieci trafia do nas z bardzo ciężkimi obrażeniami w wyniku np. pochwyceń przez wały przegubowo-teleskopowe. Niektórym z nich udaje się uratować życie, ale w wielu przypadkach te dzieci tracą rękę albo nogę. W tej chwili rehabilitację przechodzi dziecko, chłopczyk, który stracił nogę i musi nauczyć się funkcjonować z protezą. Już sobie zaczyna dobrze radzić, ale jednak dużo funkcji i czynności nie może opanować przy pomocy takiej protezy. Być może uda nam się zdobyć specjalną protezę, która będzie prawie elektronicznie wykonywała ruchy, przy skojarzeniu skurczu mięśni uda, które jeszcze zostały. Mieliśmy też taki przypadek, bardzo tragiczny, gdzie matka wyjeżdżając samochodem z podwórka gospodarstwa, przejechała swoje półtoraroczne dziecko, którego nie zauważyła. Dziecko miało zmiażdżoną klatkę piersiową i częściowo główkę. Na szczęście udało się je uratować, ale takie wypadki zdarzają się. Dzieci są np. przygniatane przez przyczepy czy sprzęt rolniczy. Problem polega na tym, że nie mają one zapewnionej opieki. Na wsi często dochodzi do wypadków z udziałem zwierząt. Dzieci są ufne, niestety nie potrafią przewidzieć reakcji zwierzęcia. Doskonale pamiętam przywiezionego na oddział 4 letniego chłopczyka pogryzionego przez psa. Dziecko wraz z rodzicami, mieszkającymi od kilku lat w Wielkiej Brytanii przyjechało na wakacje do dziadków, na wieś. Będący tam owczarek niemiecki nie znał chłopczyka, nie był do niego przyzwyczajony. Pies zawsze był hołubiony przez dziadków malca. Nigdy nie był agresywny, a mimo to rzucił się na dziecko. Prawdopodobnie dlatego, że nagle cała uwaga dziadków była skierowana na chłopca, a nie na niego. W efekcie pies odgryzł dziecku ucho, które na szczęście udało się przyszyć. Tego typu przypadków pokąsania dzieci przez zwierzęta jest dużo. Każdego roku do kliniki trafia dwadzieścioro, trzydzieścioro dzieci.
- W ubiegłym roku, na spotkaniu w Okręgowym Inspektoracie Pracy w Lublinie opowiadał pan profesor o dziewczynce, która pozostawała w śpiączce w efekcie wypadku, do którego doszło w gospodarstwie rolnym. Co teraz dzieje się z tym dzieckiem? - Niestety, dziewczynka zmarła w tym roku. Od dwóch lat to dziecko pozostawało w śpiączce. Nie było z nim żadnego kontaktu. Obrażenia mózgu były zbyt duże. Jej matka codziennie przyjeżdżała do kliniki. Twierdziła, że ma z dzieckiem kontakt, że dziewczynka w końcu obudzi się, ale tak się niestało. W tej chwili, w klinice mamy troje dzieci, które pozostają w śpiączce w wyniku urazów, do których doszło w środowisku wiejskim. Muszę powiedzieć, że w przypadkach, gdy wypadek dziecka wiązał się z jakimś zaniedbaniem ze strony rodziców największą dla nich karą i pokutą jest patrzenie na cierpienie dziecka, i ta niepewność, czy ono przeżyje, wyzdrowieje... - Od kilku lat propaguje pan pomysł utworzenia Ośrodka Leczenia, Rehabilitacji i Wybudzeń Dzieci po Urazach. Tak, rzeczywiście. Klinika Chirurgii i Traumatologii Dziecięcej Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie, w której leczone i rehabilitowane są dzieci z ciężkimi urazami, opracowała projekt utworzenia takiego Ośrodka w Poniatowej koło Lublina. Trzeba zaznaczyć, że od wielu lat urazy są najczęstszą przyczyną śmierci i kalectwa dzieci w Polsce. Wraz z postępem medycyny coraz częściej udaje się ratować życie dzieci ciężko poszkodowanych np. w rolnictwie. Stopniowo zmniejsza się więc ich śmiertelność, ale jednocześnie powstaje problem leczenia, rehabilitacji czy też wybudzeń tych dzieci. Jeśli nie powstanie taki Ośrodek, a więc nie stworzy się chorym szans na poprawę stanu zdrowia zapewniając wielo- i wysoko specjalistyczną pomoc poszpitalną, to będą oni skazani na kalectwo, śpiączkę pourazową. W Klinice Chirurgii i Traumatologii Dziecięcej w Lublinie podjęliśmy się utworzenia takiego Ośrodka. Projektem tym w 2006 roku zainteresowały się lokalne władze Lubelszczyzny, media. W Urzędzie Marszałkowskim powstał Społeczny Zespół Organizatorów, który uzyskał wstępną akceptację i poparcie rządu. Minister Zbigniew Religa wskazał na celowość utworzenia takiego ośrodka na Lubelszczyźnie o zasięgu ponadregionalnym. Niestety, plany utworzenia Ośrodka, pomimo poparcia przez Ministra Zdrowia, nie mogły być przedstawione i zaakceptowane przez Sejm z powodu wejścia nowej ustawy o decentralizacji środków budżetowych państwa na poszczególne województwa.
Dzięki powstaniu takiego Ośrodka, wiele dzieci po ciężkich urazach, także tych,
do których doszło w rolnictwie, miałoby szansę nie tylko na uratowanie życia,
ale na rehabilitację i szybszy powrót do sprawności i zdrowia. Obecnie, mogę
powiedzieć, że z tych dzieci, które wcześniej umierały, dziś aż do 80% udaje się
już uratować, w sensie utrzymania ich oddechu i pracy serca. Z tychże dzieci, do
świadomości i kontaktu ze światem zewnętrznym powraca 50%, pozostałe nie budzą
się ze śpiączki, ewentualnie wybudzają się po bardzo długim czasie i ich
świadomość oraz psychika nie są w pełni sprawne. Ostatnio w klinice mieliśmy
taką dziewczynkę, u której świadomość wróciła po trzech miesiącach. Teraz jest
rehabilitowana u nas, w szpitalu oraz w domu, ale nie jest to taka
rehabilitacja, która mogłaby to dziecko doprowadzić do powrotu i funkcjonowania
w społeczeństwie. Ważne jest to, żeby takie dzieci mogły nauczyć się jakiegoś
zawodu, na miarę ich zdrowotnych możliwości i, przede wszystkim, żeby czuły się
w życiu potrzebne. Leczenie i rehabilitacja w Ośrodku dawała by im taką szansę. |